Był taki dzień kiedy miałam dość tego jak wiele mi zabrał On. I go pożegnałam. To nie tak, że spakowałam mu walizki i wystawiłam za drzwi, to zrobiłam na początku. Ja te drzwi zamknęłam. Dopiero je zamknęłam. Od tamtej chwili też do mnie powraca, ale mu na to nie pozwalam. Nie wpuszczam. I to jest moja decyzja. W moim przypadku wymyśliłam Go sobie. Wiesz jak wiele rzeczy mnie w tym zawstydza? To, że byłam naiwna. Że tak bardzo chciałam być kochana. Że pomyślałam, że mogę Go potrzebować. Że znów mi się nie udało. Jakbym miała jakiś defekt. A potem sobie myślę, że z defektem też da się żyć. Że jakoś inaczej znajdę swoje miejsce i szczęście. Czy jest łatwo? Jest cholernie trudno. Ale ostatnie, co mogłabym i chciałabym zrobić to się poddać.
Wybieram. Zacząć żyć.
Nie wiem do końca jak, ale zacząć żyć.
A w innych momentach myślę, że moje pokruszone serce jest dowodem na to, że nadal je mam. I czuję się dumna. Tak po prostu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz