niedziela, 29 stycznia 2017

albo zawsze albo nigdy

Odkąd pamiętam powtarzałam, że nie wierzę w "zawsze" i w "nigdy". To bardzo bezpieczne i rozsądne podejście. Logiczne. Proste. Jak "nigdy nie mów nigdy". No bo przecież można zmienić zdanie, to taka rozkoszna swoboda. I podobnie z zawsze. Jeszcze w latach szkolnych w moim zeszyciku (jak widać - zawsze jakiś miałam - pełen mądrych słów) miałam zapisany taki słodki utworek: "czy będziesz mnie kochał zawsze? i kiedy kończy się zawsze? i czy się w ogóle kończy? czy możesz dać mi gwarancję na to zawsze? (...)". No właśnie, czy można, czy się kończy albo chociaż czy się jakoś jednoznacznie zaczyna? Zawsze - to jakaś obietnica, oparta, a jakżeby inaczej, na zaufaniu. Dlatego unikałam jej jak mogłam. 

(W zwyczaju miałam uciekać, odcinać się więc wolałam nie nadużywać mocnych słów. Ale wiecie, spotkałam JE i tym razem sobie samej powiedziałam, że warto się zatrzymać. I na trwałe, na zawsze zapisałam to na skórze - to mój wyjątek od reguły. Więcej nie przewiduję).  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz