poniedziałek, 12 grudnia 2016

To zabawne jak dobrze się pisze, kiedy wewnątrz coś nie gra albo chociaż szumi. Jak jest zbyt smutno albo chociaż wzruszająco. Ewentualnie złość pomaga. Może trzeba przywlec sobie wielką miłość aby napisać coś WIELKIEGO. Albo po prostu nie potrafi się jednak pisać i może te fragmenty to tylko jakieś przebłyski większej świadomości. Ciekawe czy wystarczy wyobraźnia czy jednak lepszy jest bagaż doświadczeń. Przydałby się cały pakiet, ale coraz trudniej ostatnio zebrać wszystko, nawet składniki na zupę nie tak łatwo tu dostać. Na tą pomidorową co ma być jednak najlepsza. Bo ma być najlepsza, to na pewno.

Wiecie, znam dziewczynę. Może napiszę kiedyś o niej więcej, ile ma lat, jak ma na imię, gdzie pracuje. Jakby te informacje z metryczki mówiły cokolwiek o człowieku, ale nie wiedzieć czemu, to o nie dopytujemy w pierwszej kolejności. Następnym razem jak spotkam kogoś po raz pierwszy zapytam czy lubi deszcz, tak po prostu o deszcz zapytam. Mieć to będzie większe znaczenie niż data urodzenia. A właśnie! Ta dziewczyna, Ona też lubiła deszcz i było w tym coś znamiennego. Po prostu lubiła deszcz, bo stojąc i moknąc czuła się wolna. Wybierała to na przekór większości i zdziwionym spojrzeniom. Stała, mokła i była inna niż ci obok. Szła i uśmiechała się idąc. Może uciekała od pokazywania emocji, przyznawania się do słabości ale nigdy nie uciekała od deszczu.

Miała na sobie czerwoną sukienkę i czarne buty na niewielkim obcasie. Wracała do domu, to był ciepły wieczór po jeszcze cieplejszym dniu. Zapach słońca unosił się w powietrzu a na jej policzkach zauważyć można było delikatne rumieńce. Nie wracała sama. To dość rzadkie, ponieważ samej występowało u Niej zdecydowanie częściej niż razem. Często kiedy dwie osoby kroczą obok siebie ich stopy poruszają się równolegle. Teraz nie tylko stopy tworzyły harmonijny duet, ale również ich dłonie ciasno splątane, ich oczy spoglądające w te same miejsca, ich serca bijące jednym rytmem. On komentował otaczającą rzeczywistość: głośną i niezbyt atrakcyjną muzykę lokalnej knajpki, zaniedbane budynki po drugiej stronie ulicy, zabawne napisy na murach. Chociaż patrzyła tam, gdzie wskazywał trudno powiedzieć czy widziała coś więcej niż jego szaro-zielone oczy. Można by rzec, że przepadła bez reszty, choć tak dzielnie starała się nie dać tego po sobie poznać. Znała zasadę. Może sama ją wymyśliła, może wyczytała w "Cosmo" albo podsłuchała w damskiej toalecie, to bez znaczenia prawdę mówiąc. Zasad miała wiele, co nie było łatwe ani przyjemne, szczególnie kiedy nosiło się w sobie ogromną potrzebę swobody. Tym razem założyła sobie, że jeśli chodzi o związki przegrywa ten, kto kocha bardziej, dając przewagę tej drugiej stronie. A ona zaczynała kochać i przerażało ją to. To uczucie albo raczej ta potrzeba, by mieć go obok, ten niepokój wywołany przez jego choćby chwilową nieobecność, ten lęk trwający dotąd aż nie pojawił się, nie obudził, nie zadzwonił, nie napisał. Bała się być słaba, co w jej pokręconym świecie oznaczało po prostu kochać. Zwykła odchodzić od ludzi, zmieniać adres, krąg znajomych. Powtarzała sobie, że nie ma nic na zawsze tak jak i nigdy nie mów nigdy. Puściła jego dłoń, niby to przypadkiem, schylając się i przenosząc leniwie sunącego po ścieżce ślimaka. Odłożyła go na trawę jednocześnie uważnie go obserwując. Pomyślała o jego skorupce, twardej i bezpiecznej, jego domu, jego schronieniu. Pozazdrościła mu tego. Podniosła się powoli. Jeszcze raz spojrzała w te szaro - zielone oczy. Chwyciła jego dłoń i pomyślała: "nie tym razem".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz